Przeklęty Rumak · The Tyre Compatibility DLC · Rozdział 001
TL;DR / Meldunek w skrócie
Po doładowaniu lewego przedniego żelaza przez kowala jego moc zniknęła ponownie, choć rumak przez pięć dni nie opuścił stajni. Trzeba wymienić wszystkie cztery pradawne podkowy.
Koń został wyhodowany do wojny.
Był czarny od grzywy po pęciny, szeroki w piersi, wściekły w sposób godny starej arystokracji. Podobno miał siłę trzystu sześćdziesięciu siedmiu zwykłych koni.
Na ramieniu nosił małą tarczę z trzema literami: AMG. Arcybractwo Magicznego Galopu obiecywało niepokonaną szybkość, legendarną wytrzymałość i bezdyskusyjną wyższość. Znacznie mniej chętnie wypowiadało się o konserwacji.
Śpiewano o nim pieśni.
Dziś śpiewano je rzadziej, ponieważ jego pan używał go głównie do wożenia ziemniaków.

Pewnego chłodnego ranka rycerz usłyszał nieznany odgłos. Z lewego przedniego kopyta dochodziło głuche stukanie. Zaklęte żelazo słabło. Uwięziony w nim wiatr, który miał pozostać w środku przez całe życie, ulatywał gdzieś w nieznane.
Pozostałe trzy kopyta uderzały o bruk z właściwą sobie pogardą.
Lewe chrząkało jak starzec, który ma coś ważnego do powiedzenia, ale jeszcze nie wybrał słów.
Wioskowy kowal, człowiek o jednej brwi i cierpliwości niewidocznej gołym okiem, podłączył do podkowy mosiężne miechy.
— Powietrze z północnych gór — oznajmił, pompując.
— A nie zwykłe powietrze?
— Zwykłe kosztuje mniej.
Napełnił magiczne komory, aż cztery podkowy odezwały się jednym dźwiękiem. Koń tupnął. Iskry posypały się na drogę. Z czyjegoś wozu spadła kapusta.
Rycerz zapłacił i zaprowadził rumaka do stajni.
Przez pięć dni nic się nie wydarzyło.
Żadnej bitwy. Żadnego najazdu. Żadnych bagien ani zamieci. Koń spał pod własnym dachem, pod derką droższą niż cały ten dach.
A jednak piątego ranka stukanie powróciło.
To samo kopyto. Ta sama słabość.
Rycerz stał obok zwierzęcia przez dłuższą chwilę.
Gdyby koń szarżował przez Czarną Przełęcz albo taranował regiment szkieletów, można by to jeszcze zrozumieć.
Ale przez pięć dni jadł siano i z dezaprobatą oceniał przechodniów.
Moc nadana przez kowala po prostu zniknęła.
Koń patrzył na właściciela z godnością stworzenia, które stanowczo odmawia rozmowy o swoim stanie zdrowia.
Wtedy rycerz dostrzegł pęknięcia.
Nie tylko na lewym żelazie. Wszystkie cztery pradawne podkowy nosiły cienkie blizny zbyt wielu sezonów: ciemne rzeki na metalu, prowadzące donikąd. Od ich zakucia minęło dziewięć zim, może dziesięć. Nawet czary mają datę ważności.
Rycerz położył dłoń na szyi rumaka.
— Znajdziemy ci nowe podkowy.
Koń odetchnął, jakby z ulgą.
Rycerz nie wiedział jeszcze, że cztery podkowy są najtrudniejszymi przedmiotami do zdobycia w całym królestwie.
O północy, pod podłogą pustej kuźni, coś w starym żelazie odpowiedziało cichym kliknięciem.
Leave a Reply